Jeszcze mnie tu nie było, ale trzeba się wreszcie pokazać.
Tym razem nie będzie o jedzeniu. Będzie o tym, że czasem nawet największe leniwce (czyt.ja) mają siebie dość. Mam tu na myśli oczywiście te przeklęte ćwiczenia.
Mniej więcej początku moich studiów zapanował istny szał na wszystkie Chodakowskie, Jillian'y. Mel B i im podobne. Ja, która od zawsze unikała w szkole wf'u, która przed piłką częściej uciekała niż za nią biegła oczywiście miałam to... delikatnie mówiąc gdzieś. Nigdy nie lubiłam się męczyć fizycznie, a że nie miałam problemów z wagą to nie widziałam absolutnie żadnej potrzeby ćwiczenia. Dodatkowo moje ciało ma naprawdę niesamowitą tendencję do zakwasów, czasem po dniu nicnierobienia mam zakwasy w miejscach, w których nawet nie wiedziałam, że mam mięśnie. To zupełnie wystarczyło.
Na uczelni, mimo że sale ośrodka sportowego były wyposażone bardzo dobrze, to ciężko było mi zmusić się do większego wysiłku. Bo zawsze po wf'ie trzeba było biec na kolejne zajęcia, a na prysznic nie było czasu. Tak więc wf na studiach został odbębniony, tak samo jak w gimnazjum (w liceum zupełnie go sobie darowałam ;) ).
Mimo, że szkolne wychowanie fizyczne mam za sobą to nadal pamiętam jaką traumą było dla zmuszanie do gry w kosza, w którym przecież powinnam być świetna, bo wysoka, bo to, bo tamto. Nikt nie rozumiał, że dziewczyna o 178 cm wzrostu może nie lubić koszykówki. Na szczęście ktoś wpadł na pomysł, że może jednak przez 3 lata nie trzeba grać w jedną grę, więc przynajmniej trochę pograłam w siatkówkę. Na tym koniec, amen.
I tak mniej więcej zakończyła się moja kariera siatkarki, koszykarki czy kogokolwiek związanego ze sportem.
Mój jedyny kontakt ze sportem przez ostatnie lata to oglądanie wszystkich olimpiad, mistrzostw świata czy Europy w lekkoatletyce. Nic tak nie relaksuje jak patrzenie jak inni się męczą ;)
Jak każdy wie, na studiach spotyka się różnych ludzi, ja trafiłam na jedną taką (pozdro Kacha!), która dnia bez treningu sobie nie wyobrażała. Więc pomyślałam, a co! Nie będę przecież gorsza!
No i tu właśnie pojawił się problem, bo zaczęłam swoje pseudo treningi ze złą motywacją. Za bardzo chciałam udowodnić otoczeniu, że dam radę. Dlatego po kilku upojnych razach na dywanie z Chodakowską dałam sobie spokój. I tak sobie trwałam i trwałam.
Kolejną próbę podjęłam chyba przed tegorocznymi wakacjami. Przerobiłam 30 dniowy maraton przysiadowy. Pierwszy raz na własne oczy widziałam efekty. Nic chyba nie działa tak motywująco. Jednak nadal nie potrafiłam zebrać się do robienia powiedzmy godzinnych treningów.
Aż do teraz. Zaczęłam jakiś czas temu, powolutku, bez spiny. I okazało się, że jednak nawet ja mogę! I wcale nie umieram na drugi dzień.
Dlatego postanowiłam zostać królikiem doświadczalnym pań w spandexie. Uwierzcie, nikt nie nadaje się do tego lepiej niż ja.
Jeśli ja - jakby nie patrzeć fit hejter - napiszę tu kiedyś, że nie wyobrażam sobie dnia bez treningu to znaczy, że świat się skończył i aby czekać na 4 jeźdźców Apokalipsy.
Plany są jak zwykle bardzo ambitne. Najbardziej chciałabym zacząć biegać.
Ba! Postanowiłam że POKOCHAM bieganie. Ale idzie zima i nie wiem co robić. Zaczynać teraz, czekać do wiosny?
Tak więc nie mogę napisać, że zaczynam od dziś, bo w zasadzie już zaczęłam. Trochę Chodakowskiej (z której zostawiam tylko video, bo niestety tej pani w wersji audio nie przeboleję), trochę Jillian (ta mi jakoś bardziej odpowiada, jest bardziej energiczna) i oczywiście najwspanialszy pan na świecie. Czyli pan od 8 min abs i innych 8. Nic tak nie poprawia humoru jak usłyszenie usłyszenie this will never hurt you gdy ja po pierwszym abs’ie miałam zakwasy uwaga – w szyi…
Przepraszam za długie wstępy i wszystko inne, ale chciałam miej więcej przedstawić swoją sylwetkę leniwca.
Do niedługo mam nadzieję!
(matko, jakie to długie! przepraszam.)
A zostawiam Was z tym, z czym ostatnio nie mogę się rozstać (jak to się mówi - klasyk):
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz